Niegrzeczne dziecko i najgorsza matka na świecie

Untitled design-2 by .

Obiecałam Wam, że w każdy ostatni tydzień miesiąca na blogu będzie poruszany temat logopedyczny. Przyznaję, że trochę mi się rozjechał ten miesiąc przez moją chorobę i kilkaset aukcji na allegro (przygotowywanie aukcji, a teraz wysyłka). A w weekend doszła mi jeszcze choroba Jaśka. I ja nie wiem, jak inne blogerki to robią, że potrafią ogarniać wtedy bloga i jeszcze na insta stories relacjonować przebieg choroby dziecka, ale ja w tym czasie wchodzę w tryb #nicinnegosięnieliczy i nie umiem się skupić na niczym innym poza dzieckiem. Dlatego też dziś może nie temat stricte logopedyczny, ale bardzo związany z rozwojem dziecka.

Jakiś czas temu napisała do mnie czytelniczka. Rzadko publikuję listy od Was (do tej pory pojawił się tylko wpis Karm, ale nie za wszelką cenę, który pomógł wielu z Was – po jego publikacji spłynęło do mnie mnóstwo maili). Kasia, która jest autorką dzisiejszego listu, sama poprosiła o jego publikację. To bardzo ważny temat i być może pomoże niektórym z Was. Choć mam nadzieję, że jednak nie będzie Was on dotyczył.


Kiedy mój syn się urodził i przyjechaliśmy do domu, nie mogłam zasnąć. Miałam motyle w brzuchu i czułam się zakochana. Pierwsze kilka dni po długim pobycie w szpitalu były bardzo niesamowite. Ten czas miał  coś z magii, czułam, że mogę na niego patrzeć godzinami. Chciałam być lepszym człowiekiem.

Zaraz potem zaczęły się kolki, trwały ponad 3 miesiące, a ja wyłam z bezsilności i zmęczenia. Młody płakał cały czas, spał w interwałach, po 2-3 godziny a moja radość z macierzyństwa ustępowała zmęczeniu. No ale wszyscy przez to przechodzimy.

Pamiętam jak na USG przezciemiączkowym, lekarz powiedział, że może być bardziej nerwowy niż inne dzieci. Trochę się z tego śmiałam, byłam mamą wiec cierpliwości miałam  niewyczerpane pokłady.

Synek rośnie, ale nie siedzi, to pewnie przez napięcie mięśniowe, rehabilitujemy go i czekamy co dalej. Pojawia się śmiech, trochę za często macha nogami i rękoma ale to przecież dziecko, wszystkie tak machają. Jedziemy na pierwsze wakacje, zmiana miejsca a młody wyje jak nakręcony, padamy ze zmęczenia. To nie są wakacje to jakaś okropna kara. Wracamy do domu, on wciąż wyje. Jest mega nerwowy. Zaczynam się załamywać, mam roczne dziecko a nie potrafie sobie z nim poradzić. W dodatku młody wciąż nie przesypia nocy.

Mija 14 miesięcy, zaczyna chodzić. Pierwsze kroki są nie pewne ale potem idzie coraz lepiej. Pies zaczyna go pilnować, śmiesznie to wygląda jak chodzi za nim krok w krok. Młody nie mówi, ale chłopcy później zaczynają, Papa też nie robi, ale przecież zacznie.

Dobre momenty przeplatają się ze złymi, przy czym większość jest tych złych. Jest nerwowy, często rzuca się na ziemię. Trudno go uspokoić. Wcale nie chce się ze mną bawić, tylko non stop się drze. Nie chce chodzić, nie chce siedzieć w wózku a ja czuję, ze mam go dość. Zaczynam się żalić koleżankom i słyszę dobre rady: „nie możesz mu ustępować“, „na pewno z tego wyrośnie“, „nie martw się drugie bedzie lepsze“, „dzieci są mądre i wszystko nam mówią, tylko trzeba umieć słucha“. Tacy są życzliwi. Jestem okropną matką, nie powinnam mieć dzieci. Zaczynam płakac po nocach, mam go dość, przestaję lubić swoje dziecko. Jestem przemęczona, a on się drze. Szukam wsparcia, odwiedzamy neurologa, pediatre, laryngologa. Ma powiększony migdał więc pewnie dlatego nie śpi. Przeprowadzamy kurację sterydem. Młody końcy 18 miesięcy, idzie do żłobka i zaczyna przesypiać noce.

 Adaptacja trwa 2 miesiące, za nic na świecie nie chce mnie zostawić samej, na pewno ma lęk separacyjny. Kiedy w końcu się przyzwyczaja, czuję, że odpoczywam. Boję się jego powrotów ze żłobka, bo wiem, że znów będzie krzyczał, powoli mam go dość i szukam okazji by wyjść bez niego.

Przychodzi lato, młody wciąż jest niegrzeczny i cały czas się drze, gdy coś jest nie po jego myśli, ale przynajmniej jest ciepło.

Telefon ze żłobka, musimy porozmawiać. Psycholog coś tłumaczy, że Jasio bije dzieci, że odstaje od grupy, nie mówi. Przecież w domu nie ma patalogii. Ok, on dużo płacze, krzyczy, ale ja naprawdę mu czytam, pokazuję świat, jasne włączam też bajki, ale rzadko i nie na długo. Słyszę, że trzeba to sprawdzić.

Trzech psychologów i jeden psychiatra wszyscy mówią to samo. Autyzm.

Na początku nie wierzę, może za mało się z nim bawiłam, na pewno za dużo bajek ogląda, to moja wina. Na pewno gdzieś popełniłam błąd. Może za mało go rehabilitowałam, może za mało czytałam. Może dlatego, że mnie tak wkurza, a ja mam go dość…Czuję się złą matką, najgorszą matką na świecie. Przecież miał z tego wyrosnąć. Drugie będzie łatwiejsze.

Potem trochę mnie otrzeźwiło. Retrospekcja, faktycznie on dużo krzyczy, jego zabawy są wciąż takie same, układa wszystko w jednej linii – nie chce się bawić ze mną. Nie lubi zmian. Zawsze wszystko musi być tak samo. Rzadko patrzy w oczy i muszę wrzasnąć aby zareagował na swoje imię.

Każdego dnia rozpoczynamy walkę, aby go ubrać, aby zjadł, aby zrobić coś innego niż zawsze. Teraz zaczynam już się z tym oswajać, zaraz zaczynamy terapię, podobno sporo rzeczy da się wyprowadzić przed 4 rokiem życia. Jasio ma dopiero 2, 5 lata. Na maxa sie winiłam, że nic nie zauważyłam, że to moja wina, bo za dużo bajek ogląda, że migdał ma do wycięcia i takie tam. To moje pierwsze dziecko, wydawało mi się, że to normalne. Trochę mi ulżyło po diagnozie, bo wiem, że nie jestem najgorszą matką na świecie, że moje dziecko nie jest niegrzeczne a jest wyjatkowe i potrzebuje innego podejścia.

Piszę ten post dlatego, że autyzm wciąż jest diagnozowany zbyt późno. Warto sprawdzać, konsultować i nie słuchać rad babci czy teściowej, że na pewno z tego wyrośnie.

Druga rzecz to my, mamy musimy być dla siebie bardziej wyrozumiałe. Nie tylko wobec innych ale przede wszystkim dla siebie samych. Proszę nie dawaj mi rad, których sama nie chciałabyś usłyszeć.


Pamiętajcie, że diagnoza dotycząca autyzmu to nie wyrok, koniec świata. Na pewno wielu osobom po usłyszeniu diagnozy wali się świat. Pamiętajcie, że to wciąż to samo dziecko. Do tej pory było po prostu niezdiagnozowane. Diagnoza pomaga. Otwiera furtkę do terapii, pomaga zrozumieć dziecko.

Imiona zostały zmienione na prośbę czytelniczki. Tytuł został stworzony przez nią.

Tagi z wpisu

2 komentarze

  • Właśnie przeczytałam o sobie i w 90 procentach o mojej córce, o naszym życiu. Już jak zobaczyłam tytuł posta poczułam że to będzie to – Autyzm – choroba która odebrała mi cześć mnie, mojego dziecka, mojego męża i moich marzeń. Tak. Są gorsze choroby. Ale… Tu nie wiesz jak będzie. Nie ma procentów, przewidywań, planów. Dziecko jest śliczne, dla Ciebie idealne ale rzadko wpuszcza do swojego świata, do swojej głowy. Nie mówi – to boli bardzo no bo ile można pytać co robiłaś w przedszkolu i nigdy nic nie słyszeć. Moja córka ma 3 lata, od miesiąca chodzi do przedszkola dla dzieci autystycznych. Od końca listopada mamy diagnozę. Wiedziałam że coś jest nie tak już w 1 roku życia, ale przecież dla wszystkich byłam sfrustrowana matka siedząca cały dzień z dzieckiem. Nikt nie brał mnie na serio. Nikogo nie obchodziło że każdy dzień to walka. Nikt nie płakał razem ze mną. Dziś już wiem, ale i tak jest ciężko póki co może nawet ciężej bo muszę się liczyć z tym że to nie jest kwestia wyrośnięcia, gorszego dnia czy buntu. Przyzwyczaje się ale nie wiem czy pogodze. Trzymam kciuki za was, by starczyło sił a zwłaszcza cierpliwości, mam nadzieję że starczy i nam.

  • Moje dziecko ma rok, nie rozumie prostych poleceń, nie naśladuje, nie interesuje się książeczkami, wszystko wkłada do buzi, idziemy do poradni na konsultacje. Boję się cholernie ale wolę wiedzieć żeby w razie czego jak najszybciej zacząć terapię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *