Karm, ale nie za wszelką cenę

terror laktacyjny by .

Po przypomnieniu na Facebooku o moim dawnym wpisie Matka do kitu, czyli terror laktacyjny dostałam od Was mnóstwo komentarzy i wiadomości, utwierdzających mnie w przekonaniu, że promowanie karmienia piersią czasem zbacza ze swojej drogi i zamiast pomagać, wpędza młode mamy w depresję poporodową. Jedna wiadomość wstrząsnęła mną szczególnie. Kiedyś czytałam o podobnym przypadku, ale rzecz miała miejsce bodajże w Anglii i nie byłam przekonana co do prawdziwości zawartych w niej informacji. Potraktowałam więc tę wiadomość jako kolejny clickbaitowy news z zagranicy.

Po przeczytaniu wiadomości od Marty (imię zmienione na prośbę autorki listu) poczułam się, jakbym dostała obuchem w głowę. W cywilizowanym kraju wciąż możliwe jest zagłodzenie dziecka na śmierć. Nie chciałabym, żeby poniższy tekst potraktowany został jako sprzeciw wobec karmienia piersią. Zdecydowanie nie o to chodzi. Jest on sprzeciwem wobec braku mądrej pomocy ze strony pielęgniarek i lekarzy, braku zainteresowania się życiem i zdrowiem tak kruchej istoty, jaką jest noworodek. Wreszcie – jest on sprzeciwem wobec wciskania młodym mamom, żeby za wszelką cenę nie dokarmiały dziecka mlekiem modyfikowanym.

Naprawdę nie wiedziałam, jak podejść do tematu, żebyście nie potraktowali tego wpisu jako atak na karmienie piersią. Myślę jednak, że każda świeżo upieczona mama lub mama oczekująca dziecka, powinna się z nim zapoznać. Może dzięki niemu mamy będą czujniejsze i uda się uratować jakieś małe istnienie. Nie chciałam dawać tu tytułów w stylu „karmiąc piersią można zagłodzić dziecko” czy „mleko modyfikowane może uratować życie”, bo nie chcę, aby cały ten wpis wyglądał jak tania sensacja. To naprawdę ważny temat. Przeczytajcie, przeanalizujcie, a jeżeli uważacie, że warto, puśćcie go dalej.

(tekst nieedytowany przeze mnie)

Historia Marty

Kiedy zaszłam w ciążę, jak duża część młodych mam postanowiłam skorzystać z usług szkoły rodzenia. Zajęcia prowadziły przemiłe położne i oczywiście omawiałyśmy karmienie piersią. Dowiedziałyśmy się o technikach karmienia, karmieniu na żądanie, sposobach pobudzania laktacji i ogólnie radzenia sobie z problemami. Dowiedziałyśmy się, że nie ma nic łatwiejszego i piękniejszego niż karmienie piersią i statystycznie jedna kobieta na tysiąc z przyczyn medycznych faktycznie karmić nie może. Do porodu szłam z myślą, że mogę góry przenosić, a moje dziecko będzie sobie żyć w krainie mlekiem i miodem, a właściwie tylko mlekiem płynącej. Planowałam karmić tylko piersią do 6 miesiąca życia, a potem co najmniej do roku przy wprowadzeniu stałych pokarmów.
Kiedy moja córka przyszła na świat, zgodnie z wszelkimi zaleceniami natychmiast przystawiłam ją do piersi, a ona nie chciała ssać. Położna uspokoiła mnie, że to się zdarza, że pewnie nałykała się wód i w końcu zgłodnieje. I faktycznie zgłodniała. W szpitalu było wszystko ok, poza tym, że córka nie domagała się jedzenia. Wszyscy mówili karmić na żądanie, a tu żądania brak. Kiedy zgłosiłam to położnym, to zapytały się jak długo śpi (ponad 5 godzin) i powiedziały „to obudzić”. Wtedy pilnowałam, żeby odstępy między karmieniami nie były zbyt długie. Pokarmu miałam dużo, wszystko było dobrze. Mam po prostu aniołka, a nie dziecko.
Po powrocie do domu coś się stało. Do dzisiaj nie wiem jaki popełniłam błąd. W pierwsze dni między karmieniami pobudzałam sobie laktację ściągając pokarm laktatorem, kiedy położna przyszła bodajże w piątej dobie powiedziała spokojnym głosem „wagi urodzeniowej jeszcze nie osiągnęłaś”. Jako internetowy znawca wszystkiego wiedziałam, że dziecko ma na to czas do 10 doby życia, więc nie przejęłam się tym zbytnio. Sprawdziła, czy córka ssie prawidłowo i powiedziała, że wszystko jest ok. Ale nie było. Już następnego dnia moje dziecko zaczęło mieć problemy z obudzeniem się na jedzenie (bo oczywiście nadal nie domagało się posiłku). I na początku to było nawet zabawne i urocze. Taki słodki, mały śpioszek. Daje mamie wypocząć, to marzenie mieć takie dziecko. Mnie to jednak martwiło. Czułam też, że przez moje nerwy mam mniej pokarmu, coraz trudniej było mi ściągnąć cokolwiek laktatorem. Największy kryzys przyszedł w 9 dobie życia mojego dziecka, kiedy przez kilka godzin walczyłam o to, żeby ją obudzić. Robiłam wszystko, łącznie z rozbieraniem i wsadzaniem jej wątłego ciałka do letniej wody. I nie, to nie pomagało. Kiedy budziła się na kilka chwil, płakała cichutko, by za chwilę znowu zasnąć.
Położna miała przyjść następnego dnia, ale zadzwoniłam i poprosiłam, żeby przyszła od razu. Przyniosła wagę i kiedy zważyła moje dziecko chwyciła się za głowę. Powiedziała „dokarmiać natychmiast”. Moje dziecko z wagi urodzeniowej 3300g spadła na 2610g. To trochę więcej niż te książkowe 10%, które dziecko ma prawo gubić po narodzinach i zaraz potem nadrobić. Moje dziecko było wycieńczone, odwodnione. I ten tekst „Karmisz? Nie, głodzę!” stał się dla mnie niczym okrutny żart. Bo ja naprawdę niemal zagłodziłam swoje dziecko. Miałam ogromny żal do mojej położnej, bo chociaż wiem że promowanie karmienia piersią jest ich zadaniem, to nikt mi nie powiedział, że są dzieci, które nie płaczą z głodu. Nikt mi nie powiedział, że dziecko może być tak głodne, że nie może się obudzić. Nikt mi nie powiedział, że może być tak słabe, że nie ma siły ssać. Nikt mi nie powiedział, że w cywilizowanym świecie, pod kontrolą lekarza i położnej dziecko może umrzeć z głodu. Mam żal o to, że nie dała mi znać wcześniej, że mogę zacząć się martwić. Że mówiła, żeby karmić piersią za wszelką cenę. Miałam żal do siebie, że nie byłam w stanie dać swojemu dziecku tego, co najważniejsze.
W tym momencie zaczęły się wyrzuty sumienia. Tak ogromne, że z kroplami pierwszego mleka modyfikowanego z butelki płynęły strumieniami moje łzy. I nie, nie poddałam się od razu. Walczyłam przez trzy miesiące, jednak każde karmienie piersią kończyłam dokarmianiem z butelki. Nie dlatego, że dziecko się domagało, bo nadal nie płakała z głodu. Wiedziałam, że mój pokarm nie wystarcza i panicznie bałam się, że będzie głodna. Kiedy miała dwa miesiące odrzuciła pierś, a ja nadal usilnie próbowałam, co kończyło się płaczem jej i moim. Ściąganie laktatorem nie pomagało – przez pół godziny pompowania potrafiłam ściągnąć całe 5ml. Więc pewnego dnia, kiedy córka miała niecałe trzy miesiące, mój mąż przyszedł z pracy, a ja powiedziałam „nie karmię już”.
Nie zniknęły jednak wyrzuty sumienia, w czym nie pomagało otoczenie. Niemal każdy, czy to znajomy czy nie, kogo spotykałam na swojej drodze musiał zadać mi pytanie, czy karmię. I na początku mówiłam, że nie, bo po co kłamać? Zazwyczaj wiązało się to z odpowiednim komentarzem lub chociaż mówiącym wszystko wyrazem twarzy, a ja nie chciałam dzielić się ze wszystkimi tym, co przeszłam. Jednak po wielu takich pytaniach jeden komentarz przelał czarę goryczy. Usłyszałam, że przecież mleko matki jest najlepsze, na co odpowiedziałam, że jak się nie ma czym karmić, to się nie karmi i zapytałam czy miałam zagłodzić swoje dziecko. Odpowiedzi już nie usłyszałam i od tego czasu na pytanie  czy karmię, odpowiadałam zawsze, że tak. Bo karmiłam. W końcu karmiłam, zamiast głodzić. I w końcu spadł mi potężny kamień z serca, ponieważ sama musiałam dorosnąć do tego, że tak jest lepiej. Zajęło mi to mniej więcej pół roku. Wprawdzie nadal na wspomnienie tamtych dni mam łzy w oczach, ale nie dlatego, że uważam się za złą matkę. Wiem, że mogłam stracić swoje dziecko.
Kiedy patrzę na zdjęcia mojej córeczki z tamtego okresu czuję ogromy smutek. Widząc ją dzień w dzień nie zauważałam tego, jednak teraz kiedy porównuję jej zdjęcie z trzeciej doby, kiedy wróciłyśmy do domu i z dziewiątej doby, kiedy był największy kryzys, widzę na tym drugim zdjęciu cień swojego dziecka. Widzę chudziutką, bladą dziewczynkę, która nie ma siły otworzyć oczu. Przeraża mnie to. Warto karmić piersią, nie mam co do tego wątpliwości i nie chcę żeby moje słowa były odebrane jako promowanie karmienia mlekiem modyfikowanym. Nie warto jednak robić tego za wszelką cenę.
Planuję drugie dziecko i wiem, że będę próbować karmić piersią. Wiem też, że mleko początkowe będzie częścią mojej wyprawki i jeśli cokolwiek mnie zaniepokoi, to podam mleko bez wahania. Nauczona doświadczeniem nie dam sobie podciąć skrzydeł przez osoby (zwykle te, na których opinii w ogóle nie powinno mi zależeć), które nie wiedzą nic na temat tego co dzieje się w moim życiu. Nikt mi nie wmówi, że jestem złą matką, bo karmiłam tak krótko. Kocham swoje dziecko nad życie i to jest ważniejsze niż sposób karmienia.

Taki cytat na koniec, znaleziony w internecie „Zanim osądzisz moje życie, włóż moje buty, przejdź ścieżki życia, które ja przeszłam, przeżyj moje smutki i cierpienia. Wytrwaj tyle ile ja wytrwałam, upadnij tam gdzie ja upadałam i podnieś się tak samo jak ja się podniosłam. Kiedy już naprawdę poznasz moją historię, będziesz miał prawo oceniać mnie i moje życie.” Ja szukając wsparcia, nie znalazłam go w internecie. Nie trafiłam na tekst mówiący, że nie ważny jest sposób karmienia, a nasza miłość do dziecka. Każda odwiedzana przeze mnie strona dołowała jeszcze bardziej, każdy komentarz pod artykułami o karmieniu był jak cios w serce. Może chociaż jedna mama czytając moje słowa wyleje trochę mniej łez niż ja.

Droga mamo! Jeśli czytasz moje słowa, bo coś poszło nie po Twojej myśli i nie karmisz, albo dokarmiasz mlekiem modyfikowanym, wiedz, że jesteś wspaniała. Nawet jeśli jesteś świadoma, że popełniłaś jakiś błąd wiedz, że mylić się jest rzeczą ludzką. Jeśli ktoś Cię krytykuje za to, że nie karmisz piersią wiedz, że nikt nie ma prawa zabierać Ci radości macierzyństwa. Nawet jeśli świadomie zrezygnowałaś z karmienia piersią wiedz, że nie czyni Cię to wyrodną matką. Podjęłaś wybór, bo miałaś do tego prawo i nie robisz dziecku krzywdy. I na koniec – mamo karmiąca! To naprawdę super, że karmisz piersią. Czy byłabyś jednak gorszą mamą, gdybyś podawała mleko modyfikowane? Sądzę, że nie.

21 komentarzy

  • Ja również próbowałam karmic ale z powodu refluksu mojego dziecka i chlustania moim pokarmem którego i tak nie miałam nadmiaru musiałam przejść na mm. Płakałam wiele razy gdy ściągałam resztki pokarmu i musiałam je wylewać bo zawierały dużo laktozy która dodatkowo szkodziła małemu. A na dodatek dobijały mnie i de facto dobijają dalej wszechobecne naciski na karmienie piersią. Nawet na opakowaniu mojego mm jest napis „Najlepsze jest mleko matki”. Za każdym razem jak to widze to szlag mnie trafia i mam ochotę napisać do producenta w jakim celu to umieścił? Skoro ktoś podaje mleko mm to logiczne ze nie może karmic piersią wiec po co mu te informacje? Chyba ludzie nie zdają sobie sprawy jak drażliwy jest to temat szczególnie dla kobiet które bardzo chciały karmic ale nie mogły z różnych powodów.

  • Historia podobna do mojej, z tą różnicą, że moje dziecko krzyczało okropnie z głodu. Waga leciała w dół, karmienie było udręka, z płaczem z obu stron. Oczywiście złapałam też doła, że jestem beznadziejna matką i oczywiście nikt mi za bardzo w tym czasie nie pomógł. Byłam sama z głodnym i wrzeszczącym dzieckiem. Na szczęście ja trafiłam na cudowna położna, która w piątek dobie zaleciła włączenie mleka modyfikowanego. Dodatkowo, jak nie mogła przyjść, to pisała smsa z zapytaniem jak sobie radzimy. Gdyby nie ona, to nie wiem co by było.
    Walczyłam jeszcze z próbą karmienia piersią do drugiego miesiąca życia mojej córeczki, jednak postanowiłam zaprzestać, ponieważ każda próba karmienia kończyła sie wrzaskiem. Po przejściu tylko na butelkę skończyły się wrzaski, a zaczął się cudowny okres regulacji. Po kolejnym miesiącu moje dziecko jadło co trzy godziny- jak w zegarku. A dodatkowo cała noc przesypiała bez żadnej pobudki.
    Jednak te pierwsze dwa miesiące wspominam okropnie i gdybym wiedziała, że można tego uniknąć, to odstawiłabym ją od piersi dużo wcześniej, jednak presją rodziny była tak duża, że próbowałam wbrew sobie.
    Dlatego uważam że każdy powinien słuchać tylko i wyłącznie własnej intuicji, a nie rad „dobrych cioć”.

  • Wiem o czym piszesz, znam to z autopsji i uważam, że podanie mleka modyfikowanego to porażka jeśli pokarm w piersiach był. A pisanie o tym, że laktator ściągnął tylko parę mililitrow tzn., że mleka nie ma, to największa bzdura. Mleko jest, a laktator nigdy nie ściąganie tyle co mały ssak. Dlaczego nie poczytałaś o technikach prawidłowego ściągania mleka? Na mlekiemmamy jest wszystko. Nie ściąga się dłużej niż 20 minut, sesje mają się powtarzać od 10 do 12 na dobę, czyli co 2 godziny w dzień i co 3 godziny w nocy. Na fb są specjalne grupy i setki kobiet dzięki systematyczności i chęci podawania własnego mleka ściąga tyle pokarmu, że jest w wstanie wykarmic dziecko i zrobić zapasy w postaci mrożonek. A taki post na blogu daję tylko rozgrzeszenie innym matkom, że inaczej niż piersią się nie da, bo laktator nie dał rady. No nie dał, a jak się nieprawidłowo ściąga i odpuszcza ściąganie w nocy – w właśnie te sesje nocne są kluczowe. Są matki, które potrafią wrócic do ściągania po kilku miesięcznej przerwie poprzez relaktację – tak, można nawet i do 2 lat po porodzie. Dla mnie to nie jest problem, że ktoś podaje mm, każda kobieta ma wybór, ale takie tłumaczenie, że ja chciałam być kp, ale nie wyszło bo mam pecha, to głupie gadanie, setki kobiet udowadnia, że jak się chce to ciężką pracą można a jeśli ktoś podejmuje walkę, ale ściąga byle jak to niech nie liczy na efekty, tylko systematyczność da rzekę mleka. Ktoś powie, że skąd miał wiedzieć jak ściągać itp. odpowiem ja też i inne kobiety nie wiedziałam, ale wpisałam w Google i się dowiedziałam. Więc droga kobieto, która podajesz mm, tak jesteś dobrą matką, mm to nie jest trucizna, ale błagam Cię nie tłumacz się, że się inaczej nie dało bo to był Twój wybór i obrażasz nas ciężko pracujące dzień w dzień z laktatorem. Ok. to był nasz wybór i nie, nie narzekamy, ale Twóje mówienie, że inaczej nie idzie niż tylko podać mm wynika z tego, se

    • *ze nie podjęła merytorycznej walki. Zmiast samej zdobyć odpowiednią wiedzę słuchasz rad osób, które rodziły 20 lat wcześniej. Wszystko się da i dieta matki karmiącej NIE istnieje, gdyż pokarm powstaje z krwi a nie treści żołądka. Pokarm matki jest idealny nie może być za chudy, ale po co samemu to sprawdzić lepiej słuchać babci, która wychowała dzieci w czasach gdy nie badalo sie kobiecego mleka…

  • Przerazliwie smutne sa wszystkie te historie, ale uwazan, ze puenta bardzo nietrafiona. Kazda z tych historii pokazuje tylko jak fatalna opieka laktacyjna jest w naszym kraju, a nie ze mm ratuje zycie. Nie uwazam, zeby sposob karmienia okreslal relacje mamy z dzieckiem, ani ze karmienie mm sprawia, ze jest sie zla mama (w ogole skad takie pomysly?), ale z tego co czytam mamy chca kp, ale przez brak wsparcia i rzetelnej wiedzy przechodza na mm, bo nie widza innego wyjscia.
    I zeby nie bylo, ze pisze nie znajac problemow. Moj noworodek tez nie mial sily ssac, nie zawsze budzil sie na karmienie, od wyjscia ze szpitala nie tyl. Skorzystalam z pomocy CDL i razem udalo nam sie opanowac sytyacje. 2 ciezkie miesiace karmilam, sciagalam mleko, dokarmialam tym co sciagnelam – kazde karmienie trwalo 2h, ale dalam rade i udalo sie – 6msc wylacznego kp i zblizam sie do roku kp teraz.
    Gdyby kazda mama miala dostęp do CDL, gdyby polozne środowiskowe mialy porobione te uprawnienia o wiele wiecej chcacych mam by karmilo piersia, a te karmiace mm moglyby nie miec wyrzutow sumienia.

  • Sama mam dwójkę dzieci (trzecie w drodze) gdy urodził się syn w planach miałam karmienie piersią oczywiście ale jako że stawiałam pierwsze kroki w macierzynstwie a z natury jestem nerwusem szybko się denerwowałam co z perspektywy czasu chyba wpłynęło na moją kiepska laktacje. Gdy na świat przyszła nasza córcia z macierzyństwem byłam już obecnana i wiedziałam że tylko cierpliwość jest w stanie uratować moja laktacje. W pierwszej dobie byłam dumna z małej i siebie że karmienie idzie tak pięknie lecz w drugiej coś prysło o mała za nic w świecie nie chciała się przestawiać. Wtedy przyszła położna i ku mojemu zdziwieniu zaproponowała mleko modyfikowane. Początkowo odmówiła ale po kolejnych dwóch godzinach sama o nie poprosiłam. Mała wypila prawie wszystko po czym spokojnie usneła. Kolejne karmienia kończyły się na butelce. Na szczęście w trzeciej dobie znów załapała pierś i karmiłam ją cycem ponad dwa i pół roku. Więc nie takie straszne to mleko modyfikowane. Nam uratowało laktacje.

  • Dziękuje za list „Marty” ! Jest on tak bliski mojemu sercu, tak podobny do mojej historii. Najbardziej mam żal to szkoły rodzenia która bardzo duzy nacisk kładła na KP nie przygotowując młodych matek do sytuacji w której karmienie sie nie uda… miałam ciężki porod, do tego stopnia ze jak już synek był na świecie nie miałam ochoty go przytulić a co dopiero przystawić do piersi… to były najgorsze chwile… mam ogromne wyrzuty sumienia jak sobie o tym przypomnę… na szczęście był ze mna mąż który zajął sie naszym dzieckiem. Kolejny dzień, młody cały czas śpi – Ok. Ciężki porób, zabiegowy, ma prawo niech sie wyśpi, w szkole rodzenia mówili ze to normalne… kolejny dzień młody nadal śpi, jak już wstaje – próba przystawiania do piersi (oczywiście pozostawiona sama sobie), nie udaje sie, młody sie pręży, płacze, odpycha sie, moje serce jest w kawałkach… szkoła rodzenia mowi ze dziecko przez 3 dni nie musi jeść bo ma zapasy z czasu ciazy- Ok w takim razie jeszcze mamy czas. Kolejny dzień- młody spada na wadze, nie robi siusiu jak tak dalej pójdzie nie wyjdziemy ze szpitala, ja cały czas próbuje dostawiać ale bez skutku. Proszę położne o pomoc, przychodzi z wyrzutem ze „jak nie chce ssać przecież każdy potrafi przystawić do piersi” zaczyna mi cisnąć piersi-ból-ale mleko jest wiec przystawiać cały czas. Godzina 2 w nocy przywożą mi młodego ja próbuje przystawiać on płacze, dziewczyny na sali śpią, ja w stresie a on nie je, ze łzami w oczach idę na oddział noworodkowy i proszę o podanie mm bo młody nie ja a ja sie martwię, w odpowiedzi usłyszałam „jak nie je? Może nieodpowiednio przystawiam, proszę pokazać i kolejna demonstracja, uwłaczającą sytuacja i poczucie „pogardy” ze strony położnych/pielęgniarek. Dzięki kobieta z pokoju które pomagały przystawić, doradzały kup laktator i ściągaj i podawaj swój itp jakoś dałam rade przetrwać. Wróciliśmy do domu, młody cały czas śpi, nie płacze, ja przystawiać nie chce… ale jeszcze przecież ma zapasy a jutro przychodzi polozna… środek nocy, wielki płacz, z przystawiania nici jak zwykle, podajemy mm (całe szczęście jedna porcja jest w domu) młody zasypia, każdy kolejny dzień próby karmienia, ciężko dobudzić, każdy mowi co innego i byłam zostawiona sama sobie. Były to najgorsze chwile, każdy mówił ciesz sie ze śpi tez idz spać a ja w sercu wiedzialam ze tak nie powinno być 🙁 zaczelam ściągać swój pokarm i karmic z butelki, dzięki stronie „Mlekiem mamy” udało nam sie trochę karmic, kolejna wizyta poloznej, czemu karmie z butelki, należy przystawiać do piersi, zalecenie przystawiania do piersi, ja już jednak zaczelam robić po swojemu, tak jak czuje.
    Od 7 tygodni karmimy sie butelka ale swoim mlekiem ( z tygodniawa przerwa na karmienie piersią bo młody w końcu zalapa i chyba zaczął ssać – tydzień okropny, wycięty z życia, ciągły płacz i złość i brak snu ze strny synka i mojej) decyzja ostateczna zostajemy przy KPI bez dwóch zdań, teraz jesteśmy szczęśliwsi i na pewno najedzeni. Mam ogromny strach w sobie przed mm (nie wiem dlaczego, Pewnie przez ta cała nagonkę ze nie jest zdrowe itp.) ale zapas w domu mam-w razie w. Oczywiście zycze wszystkim zeby karmienie sie udało, ale nic na sile, nie dajmy sie zwariować. A szkoła rodzenia proponuje przygotować swoje kursantki na każda możliwość bo zazwyczaj z takich miejsc kolezystaja osoby bez zadnej wiedzy i bezgranicznie ufają w to co położne im tam przekażą. Tak było w moim przypadku.. niestety… plan porodu, kwestia rodzenia bez znieczulenia tylko „aktywny porod „ karmienie piersią, -ufałam, wierzyłam i na tej wierze sie przejechałam…

  • Historia tutaj opisana z pewnością poruszy każdą matkę niemal do łez.
    Ja również uważam, że każda kobieta powinna mieć absolutną wolność wyboru, czy chce czy nie chce karmić. I nikt nie powinien jej oceniać. Jeśli jednak kobieta chce karmić swoje dziecko, powinna mieć odpowiednie wsparcie. Krótkie omówienie tematu w szkole rodzenia, przy wystąpieniu jakichkolwiek problemów, nic nie daje. Niestety nie prawdą jest, że można pobudzić laktację poprzez picie czegokolwiek(ani mleka ani wody). Laktacje pobudza dziecko, które prawidłowo pije. Na samym początku trudno jest odróżnić czy dziecko daktycznie pije czy tylko sobie „ciumka”. Nawet odpompowanie mleka nie zawsze pobudza jego produkcję. Są kobiety, które karmiąc piersią mają zdrowe, rosnące dzieci a nie są w stanie nic odpompować. Tak na przykład było u mnie. Przez siedem miesięcy mój syn był karmiony tylko piersią. Nie dostawał również ani wody ani żadnych herbatek. Rozwijał się prawidłowo, był dużym i okrąglutkim bobasem. Jednak gdy chcialam odpompować mleko, miałam po pól godzinie maksymalnie 30 mililitrów.
    Mieszkam w Niemczech. Jest tu świetna opieka położnych po porodzie. Na początku przychodzą codziennie. Oprócz tego są wolontariuszki, które są odpowiednio wykształcone aby pomagać kobietom, które mają problemy z karmieniem a chcą karmić. Tym sposobem żadna matka nie musi być sama ze swoimi obawami i może szybko uzyskać fachową pomoc.

  • A ja świadomie przestałam karmic piersią po 2 tygodniach.. Zanim planowałam dziecko powtarzałam ze piersią karmic nie będę. Nie czułam tego… Po zajsciu w ciążę pod wpływem położnej-terrorystki laktacyjnej wydawalo mi się to takie proste, takie oczywiste.. załapałam bakcyla. Pierwszy tydzien życia mojego synka spędziliśmy w szpitalu.. Syn był strasznym raptusem. Szukal piersi choć miał ja w buzi.. nie umiałam go przystawic.. pomagała mi każda położna z oddziału. jak tylko wychodziła on wypuszczal pierś a ja zalana lzami starałam się go przystawic sama. raz wyszło raz nie. powoli czułam ze wpadam w depresję.. ze co ze mnie za matka skoro moje dziecko jest głodne, że nawet taka PROSTA czynność jak mówiła położna mi nie wychodziła… przez 7 nocy przespalam moze 7 godzin. reszta to tylko płacz..
    po powrocie do domu stwierdziłam ze laktator to moje wybawienie.. niestety to ciągłe „dojenie sie” było ponad moje siły… a ja wpadłam coraz dalej w sidła depresji… nie spalam już w ogóle mimo że syn był naprawdę aniołkiem. Nie myślałam o niczym innym tylko o karmieniu… W głowie słyszałam ironiczne „co z ciebie za matka…”. Dotarło do mnie ze sama się oszukiwalam z tym karmieniem. Ze tak naprawdę od początku nie chciałam karmić.. Ze jakoś to będzie. Zaczęłam podawać mu mm. To było jak wyzwolenie… Pomyslicie:co za leniwa baba.. nie, tu nie chodzi o to… nawet nie wiecie ile lez przez to wylalam…
    poszłam do lekarza po tabletki na zatrzymanie pokarmu.. rozmawiała ze mną jak z chorą psychicznie… Ze muszę iść najpierw do psychologa, że co moja mama na to, czy ona karmiła mnie piersią, czy nie boję się że nie będę miec więzi z synem? jakby kazda kobieta MUSIAŁA chcieć karmic piersią, a reszta jest nienormalna.. jakbym przez nie karmienie miała kochac dziecko mniej… tabletki dostałam, pokarm zanikl a syn jest już 3 miesiąc na mm. Jest świetnym dzieckiem, rozwija się w tempie ekspresowym.. a ja wiem ze krzywdy mu wcale nie zrobiłam… a wręcz przeciwnie… dziecko wyczuwa emocje. gdy mama jest nieszczęśliwa, dziecko też… sporo mnie to nerw kosztowało ale nigdy nie będę żałować swojej decyzji. mało tego. przy drugim dziecku od razu zastrzege ze karmic piersia nie będę.
    Nienormalna

  • Miałam podobnie, młody ciągle spał, nie chciał ssać, waga lecila w dół (ale waga urodzeniowa byla 3700 wiec miał z czego gubic te 10%), w 3 dobie miałam problemy z dobudzeniem go, na moje usilne prośby w szpitalu dostalam dla niego 2x po 30 ml mleka modyfikowanego – co 12 godzin, nie chcieli dać wiecej, kazali karmić piersia – ale on nadal ciagle spał – nawet po zabiegach, kłuciach, kąpielach – zasypiał zanim zdażyłam go przystawić do piersi. Inne dzieci płakały, on spał. Jak tylko przyjechalam do domu to dostał mleko modyfikowane – i dostawał je na żądanie!!!! Poźniej ruszyla laktacja, karmiłam piersia tyle ile sie dało ale jak czułam ze mleka w piersiach jest malo to dostawał też modyfikowane. Bardzo chciałam karmic piersia, to fantastyczne uczucie- dla matki, dla dziecka zdecydowanie lepszym uczuciem jest pełny brzuszek.

  • Niestety i ja mam podobne doswiadczenia. O ile jednak Marta borykala sie z problemem w domu to ja w szpitalu – 5 dni. Moje dziecko glodowalo pod okiem lekarzy i pielegniarek, ktore ignorowaly moje watpliwosci a na informajce ze nie moge dobudzic na karmienie a dziecko spi juz 5 godzin uslyszalam ze trzeba dac jej sie wyspac. Dopiero jedna z poloznych po wielokrotnym moim chodzeniu i proszenii o pomoc zorientowala sie ze jednak cos jest nie tak i dziecko trzeba natychmiast nakarmic…

  • Ja też dziękuję za ten tekst… Podobnie jak Marta miałam problemy z synkiem. On z wagi ueodzeniowej 3280 spadł do 2790 ale inaczej niż córeczka Marty domagał się bardzo jedzenia. Przez pierwsze 6 tygodni jego życia karmilam piersią ale waga albo stała w miejscu albo wręcz spadała… W końcu położna stwierdziła że trzeba dokarmiac… Skutek tego był niestety taki że synek nie chciał już ssać piersi bo z butelki szło łatwiej… Włączyłam jeszcze 3 miesiące, laktator, sns, walka o przystawienie do piersi… Niestety nic to nie dało. Teraz synek jest tylko na mleku modyfikowanym i goni siatki centylkowe bo nadal jest pomiędzy 1 a 3 centymetrów… Ale każdego dnia jest lepiej i widać jak rośnie… Podobnie jak Marta też uważam, że nie jest ważne jak karmię ważne żeby moje dziecko nie było głodna. Pozdrawiam serdecznie.

  • Historia podobna do mojej. Urodziłam sn, syn od razu przystawiony do piersi (ohhh, cudowny widok), a potem przespał cała noc czyli 8 godzin. Wszyscy gratulowali, tylko czego? Przystawiałam do piersi, ale syn nie chciał jej złapać (za duża i za miękka), ale ja walczyłam, a on… płakał. Na sali ze,mną była dziewczyna młodsza o 10 lat i dziecko non stop przy piersi miała, a u mnie brak pokarmu. Po nocy sucha koszula, wkładki laktacyjne nie były potrzebne. W nocy chodziłam i prosiłam o mm, bo dziecko było głodne i płakało. Za każdym razem pytanie „a pierś, proszę pokazać, musi być pokarm, no widzi Pani – jest, proszę próbować bo to lepsze”. Dopiero gdy przyszłam w drugiej dobie z krwawiacymi piersiami to mnie zauważono, mogłam karmić mm, bo gdyby dziecko jadło mleko z krwią to byłby problem. Przyszła doradczyni laktacyjna, pokazała jak przystawić, ale sama stwierdziła że bez kapturkow nie da rady. No to walczyliśmy z kapturkami. Mleko wreszcie się pojawiło, lało się wręcz. To też źle, bo syn nie nadążał z połykaniem i się dławił. Tak się karmiliśmy prawie 3 tygodnie, bo potem okazało się że za mało przybiera. Odciagałam pokarm (180ml)i dawałam butelką. Siedziałam po 1,5godziny na laktatorze przed lub po karmieniu – ot taka wygoda to karmienie „nie piersią”. W drugim miesiącu życia syna złapałam zapalenie piersi, w ciągu trzech tygodni dwa razy tej samej piersi. Ból okropny, ale odciagałam pokarm, bo on jest złoty. Gdy raz butelka się przewróciła a było w niej 90ml to płakałam jak dziecko. „Nie płacze się nad rozlanym mlekiem” – powiedział mąż pocieszając, a dla mnie to mleko było jak żyła złota. Niestety silne leki przeciwzapalne i sugestia lekarza, że to zapalenie piersi będzie nawracało sprawiły że przeszliśmy tylko na mm. Syn zdrowiutki, przytył wreszcie, lekarz nie ma zastrzeżeń, ja wiem ile zjada i jestem szczęśliwa. Szczęśliwa że tylko przez moment (2miesiące) zwątpiłam w to czy nadaję się na matkę skoro nie kp. Jednak ważniejsze jest to by karmić a nie to w jaki sposób!

  • Droga „Marto” całkowicie Cie rozumiem… Presja karmienia jest okropna… Miałam b. podobną historię. Na szczescie moje dziecko cały czas płakało a ja razem z nim i w pore zaczęłam dokarmiać… W tekscie brakuje tylko jednego. Zadawanych pytań ” a dlaczego nie karmisz”. Niech Wam rośnie w zrowiu córeczka;)

  • Dziękuję Ci za ten tekst i ,,Marcie ” za podzieleniem się tymi doświadczeniami. Mi równiez zależało na karmieniu piersią i po porodzie oczywiście przystawialam mała do piersi ale,że nie chodziłam do żadnej szkoły rodzenia to byłam w tym temacie zielona. Położne coś mi tam pokazała i dalej musiałam sobie radzić więc przystawialam ciągle pomimo bólu,zmęczenia itd. jednak mała ciągle płakała i płakała. Położne przychodzily z pretensjami dlaczego nie moge uspokoić noworodka i ona ciągle płacze. Pod koniec drugiej doby w końcu ktoś się nami zainteresował i okazało się,że moje dziecko przez dwie doby nic nie zjadlo, bo z piersi udało się ściągnąć niecałe 10 ml mleka . Byłam przerażona od razu zaczęła dostawać mm jednak z wagi też sporo spadła. Po tych wydarzeniach zaprzestalam karmienia piersią nie chciałam pobudzać żadnej laktacji , każde karmienie to był ogromny stres , którego nie chciałam przelewać na mała. Jednak oczywiście pojawiły się wyrzuty sumienia, że może nie uda mi się przez to zbudować silnej więzi z dzieckiem itd. które trwają nadal ale walczę z tym , bo przecież kocham swoje dziecko nad życie

  • Historia dokladnie jak moja wszyscy mowili żeby karmić jak najczęściej a córeczka nie przybierała na wadze. Wszyscy mówili że KP jest najlepsze dla dziecka ale nie dla mojego jak zaczelam dokarmiać MM skończyly się płacze moje i córeczki i waga córeczka zaczela pomału wzrastać. Także uwazam że nic na siły bo tylko ja i córeczka wiemy ile nerwów i stresow Nas to kosztowalo 😐

  • Czytając ten list poczułam się jakbym to ja go pisała. Mały urodził się z wagą 3250g przez cesarskie cięcie. Po wszystkich kroplowkach i przeciwbólówkach w końcu przynieśli mi go, żebym spróbowała go karmić piersią. Dwa dni walki, no bo jak? Przecież z butelki tak fajnie szło, a teraz trzeba się napracować. Załapał. Karmienie na żądanie. Mama wniebowzięta, bo się udało. W domu złote dziecko. Je i śpi. Wizyta patronarzowa położnej wykazała 3400g. Książkowe dziecko. Problem zaczął się po miesiącu. Mały przysysal się do piersi i po 5 minutach z płaczem odrywal się od niej. Zjadłam coś co mu szkodzi? Dieta właściwie ograniczyła się do kaszy i gotowango kurczaka. Zygac mi się już tym chciało. Ale jadłam to i usilnie karmilam małego, który był coraz bardziej nerwowy. Biorąc pod uwagę rady mojej mamy, która twierdziła, że mam mało pokarmu piłam mleko (na śniadanie płatki, bawarka itp) i nic nie pomagało. Było coraz gorzej. Więc wybrałam się do lekarza. W siódmym tygodniu waga 3700g (200 za mało). Rada lekarza- częściej przystawiac. Plamki na buzi?- to potowki. Nie przegrzewac dziecka. A pani jest młodą mamą i panikuje. W ciągu tygodnia mały był coraz bardziej nieznośny więc sięgnęłam po butelkę. I dopiero rozpetalo się piekło. Mały wymiotowal na odległość i prawie cały czas spał. Po tygodniu znów odwiedziłam lekarza. Waga 3750g to już pół kilo za mało. Skierowanie do szpitala. Piątek po południu. Żadnych specjalistów na oddziale. Usg brzuszka- odźwiernik żołądka ok. Uff… Wenflony, pobieranie krwi… Mały płacze, a ja z nim. Wyniki mimo wszystko w porządku. Brak infekcji, parametry ok. Przez stres mleko w piersiach w dwa dni znikło całkowicie. Karmienie butelka i ciągle wymioty nawet po 30ml. Poniedziałek rano. Wizyta alergologa. Przecież z kilometra widać, że to alergik. „kasza” na buzi, wzdety brzuch, wymioty, brak przyrostu masy. Pediatra tego pani nie powiedział? Je pani mleko? Tak jem, bo mama tak mówiła. Bzdura! POKARM BIERZE SIĘ Z WODY. DUŻO PIĆ! Ale w moim przypadku już było po pokarmie… Od miesiąca mały jest na mleku modyfikowanym dla alergikow. Waży 4700g i pomału nadrabia straty spowodowane parciem na karmienie piersią. Drażnią mnie komentarze ludzi „oj jaki on malutki. Ile ma tydzień?” bo za każdym razem mam pretensje do siebie, że mój syn przez to, że słuchałam zabobonow nie rozwija się tak jak powinien. Pointą całej tej sytuacji jest fakt, że nic na siłę. Czasem się nie da i słuchajcie siebie i nie ulegajcie presji. Mama sama powinna czuć, co dla dziecka najlepsze.

  • A ja radziłabym nam wszystkim zacząć patrzeć na siebie, a nie nieustannie wtrącać nos w czyjeś sprawy. Ja karmię piersią syna, który ma prawie 1,5 roku i zamierzam to robić jeszcze przynajmniej przez kolejne 6 miesięcy, a wszystkim dookoła oczywiście to też przeszkadza, bo „taki duży i z cyca je?”. A co to – mleko z cyca to wstyd w tym wieku, a z butli to już nie? Jakby nie karmić dziecka, to komuś coś nie pasuje i to najczęściej kobietom. Niestety kobieta kobiecie wilkiem… Nie rozumiem też tego pytania na dzień dobry nawet od nieznanych osób: „jak karmisz?”. Ja nikomu nie zaglądam w cycki, więc chciałabym tego samego. Jeśli jakaś mama karmi butelką, to niech karmi – co mnie to obchodzi? Dlaczego my, kobiety, nie potrafimy uszanować czyichś decyzji i osądzamy, nie znając historii danej osoby?

    • Zgadzam się całkowicie. Ja nigdy nie słyszałam ani nagonek na matki karmiące piersią ani na matki karmiące butlą i bardzo dziwią mnie takie wpisy, jak ten. Ale Twój punkt widzenia jest doskonały. My, mamy, powinnyśmy zacząć się wspierać w trudach macierzyństwa a nie pluć na siebie i podstawiać sobie nogi. Są rzeczy, które robimy źle i można na to zwrócić uwagę. Ale z troską a nie z zawiścią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *