Karm, ale nie za wszelką cenę

terror laktacyjny by .

Po przypomnieniu na Facebooku o moim dawnym wpisie Matka do kitu, czyli terror laktacyjny dostałam od Was mnóstwo komentarzy i wiadomości, utwierdzających mnie w przekonaniu, że promowanie karmienia piersią czasem zbacza ze swojej drogi i zamiast pomagać, wpędza młode mamy w depresję poporodową. Jedna wiadomość wstrząsnęła mną szczególnie. Kiedyś czytałam o podobnym przypadku, ale rzecz miała miejsce bodajże w Anglii i nie byłam przekonana co do prawdziwości zawartych w niej informacji. Potraktowałam więc tę wiadomość jako kolejny clickbaitowy news z zagranicy.

Po przeczytaniu wiadomości od Marty (imię zmienione na prośbę autorki listu) poczułam się, jakbym dostała obuchem w głowę. W cywilizowanym kraju wciąż możliwe jest zagłodzenie dziecka na śmierć. Nie chciałabym, żeby poniższy tekst potraktowany został jako sprzeciw wobec karmienia piersią. Zdecydowanie nie o to chodzi. Jest on sprzeciwem wobec braku mądrej pomocy ze strony pielęgniarek i lekarzy, braku zainteresowania się życiem i zdrowiem tak kruchej istoty, jaką jest noworodek. Wreszcie – jest on sprzeciwem wobec wciskania młodym mamom, żeby za wszelką cenę nie dokarmiały dziecka mlekiem modyfikowanym.

Naprawdę nie wiedziałam, jak podejść do tematu, żebyście nie potraktowali tego wpisu jako atak na karmienie piersią. Myślę jednak, że każda świeżo upieczona mama lub mama oczekująca dziecka, powinna się z nim zapoznać. Może dzięki niemu mamy będą czujniejsze i uda się uratować jakieś małe istnienie. Nie chciałam dawać tu tytułów w stylu „karmiąc piersią można zagłodzić dziecko” czy „mleko modyfikowane może uratować życie”, bo nie chcę, aby cały ten wpis wyglądał jak tania sensacja. To naprawdę ważny temat. Przeczytajcie, przeanalizujcie, a jeżeli uważacie, że warto, puśćcie go dalej.

(tekst nieedytowany przeze mnie)

Historia Marty

Kiedy zaszłam w ciążę, jak duża część młodych mam postanowiłam skorzystać z usług szkoły rodzenia. Zajęcia prowadziły przemiłe położne i oczywiście omawiałyśmy karmienie piersią. Dowiedziałyśmy się o technikach karmienia, karmieniu na żądanie, sposobach pobudzania laktacji i ogólnie radzenia sobie z problemami. Dowiedziałyśmy się, że nie ma nic łatwiejszego i piękniejszego niż karmienie piersią i statystycznie jedna kobieta na tysiąc z przyczyn medycznych faktycznie karmić nie może. Do porodu szłam z myślą, że mogę góry przenosić, a moje dziecko będzie sobie żyć w krainie mlekiem i miodem, a właściwie tylko mlekiem płynącej. Planowałam karmić tylko piersią do 6 miesiąca życia, a potem co najmniej do roku przy wprowadzeniu stałych pokarmów.
Kiedy moja córka przyszła na świat, zgodnie z wszelkimi zaleceniami natychmiast przystawiłam ją do piersi, a ona nie chciała ssać. Położna uspokoiła mnie, że to się zdarza, że pewnie nałykała się wód i w końcu zgłodnieje. I faktycznie zgłodniała. W szpitalu było wszystko ok, poza tym, że córka nie domagała się jedzenia. Wszyscy mówili karmić na żądanie, a tu żądania brak. Kiedy zgłosiłam to położnym, to zapytały się jak długo śpi (ponad 5 godzin) i powiedziały „to obudzić”. Wtedy pilnowałam, żeby odstępy między karmieniami nie były zbyt długie. Pokarmu miałam dużo, wszystko było dobrze. Mam po prostu aniołka, a nie dziecko.
Po powrocie do domu coś się stało. Do dzisiaj nie wiem jaki popełniłam błąd. W pierwsze dni między karmieniami pobudzałam sobie laktację ściągając pokarm laktatorem, kiedy położna przyszła bodajże w piątej dobie powiedziała spokojnym głosem „wagi urodzeniowej jeszcze nie osiągnęłaś”. Jako internetowy znawca wszystkiego wiedziałam, że dziecko ma na to czas do 10 doby życia, więc nie przejęłam się tym zbytnio. Sprawdziła, czy córka ssie prawidłowo i powiedziała, że wszystko jest ok. Ale nie było. Już następnego dnia moje dziecko zaczęło mieć problemy z obudzeniem się na jedzenie (bo oczywiście nadal nie domagało się posiłku). I na początku to było nawet zabawne i urocze. Taki słodki, mały śpioszek. Daje mamie wypocząć, to marzenie mieć takie dziecko. Mnie to jednak martwiło. Czułam też, że przez moje nerwy mam mniej pokarmu, coraz trudniej było mi ściągnąć cokolwiek laktatorem. Największy kryzys przyszedł w 9 dobie życia mojego dziecka, kiedy przez kilka godzin walczyłam o to, żeby ją obudzić. Robiłam wszystko, łącznie z rozbieraniem i wsadzaniem jej wątłego ciałka do letniej wody. I nie, to nie pomagało. Kiedy budziła się na kilka chwil, płakała cichutko, by za chwilę znowu zasnąć.
Położna miała przyjść następnego dnia, ale zadzwoniłam i poprosiłam, żeby przyszła od razu. Przyniosła wagę i kiedy zważyła moje dziecko chwyciła się za głowę. Powiedziała „dokarmiać natychmiast”. Moje dziecko z wagi urodzeniowej 3300g spadła na 2610g. To trochę więcej niż te książkowe 10%, które dziecko ma prawo gubić po narodzinach i zaraz potem nadrobić. Moje dziecko było wycieńczone, odwodnione. I ten tekst „Karmisz? Nie, głodzę!” stał się dla mnie niczym okrutny żart. Bo ja naprawdę niemal zagłodziłam swoje dziecko. Miałam ogromny żal do mojej położnej, bo chociaż wiem że promowanie karmienia piersią jest ich zadaniem, to nikt mi nie powiedział, że są dzieci, które nie płaczą z głodu. Nikt mi nie powiedział, że dziecko może być tak głodne, że nie może się obudzić. Nikt mi nie powiedział, że może być tak słabe, że nie ma siły ssać. Nikt mi nie powiedział, że w cywilizowanym świecie, pod kontrolą lekarza i położnej dziecko może umrzeć z głodu. Mam żal o to, że nie dała mi znać wcześniej, że mogę zacząć się martwić. Że mówiła, żeby karmić piersią za wszelką cenę. Miałam żal do siebie, że nie byłam w stanie dać swojemu dziecku tego, co najważniejsze.
W tym momencie zaczęły się wyrzuty sumienia. Tak ogromne, że z kroplami pierwszego mleka modyfikowanego z butelki płynęły strumieniami moje łzy. I nie, nie poddałam się od razu. Walczyłam przez trzy miesiące, jednak każde karmienie piersią kończyłam dokarmianiem z butelki. Nie dlatego, że dziecko się domagało, bo nadal nie płakała z głodu. Wiedziałam, że mój pokarm nie wystarcza i panicznie bałam się, że będzie głodna. Kiedy miała dwa miesiące odrzuciła pierś, a ja nadal usilnie próbowałam, co kończyło się płaczem jej i moim. Ściąganie laktatorem nie pomagało – przez pół godziny pompowania potrafiłam ściągnąć całe 5ml. Więc pewnego dnia, kiedy córka miała niecałe trzy miesiące, mój mąż przyszedł z pracy, a ja powiedziałam „nie karmię już”.
Nie zniknęły jednak wyrzuty sumienia, w czym nie pomagało otoczenie. Niemal każdy, czy to znajomy czy nie, kogo spotykałam na swojej drodze musiał zadać mi pytanie, czy karmię. I na początku mówiłam, że nie, bo po co kłamać? Zazwyczaj wiązało się to z odpowiednim komentarzem lub chociaż mówiącym wszystko wyrazem twarzy, a ja nie chciałam dzielić się ze wszystkimi tym, co przeszłam. Jednak po wielu takich pytaniach jeden komentarz przelał czarę goryczy. Usłyszałam, że przecież mleko matki jest najlepsze, na co odpowiedziałam, że jak się nie ma czym karmić, to się nie karmi i zapytałam czy miałam zagłodzić swoje dziecko. Odpowiedzi już nie usłyszałam i od tego czasu na pytanie  czy karmię, odpowiadałam zawsze, że tak. Bo karmiłam. W końcu karmiłam, zamiast głodzić. I w końcu spadł mi potężny kamień z serca, ponieważ sama musiałam dorosnąć do tego, że tak jest lepiej. Zajęło mi to mniej więcej pół roku. Wprawdzie nadal na wspomnienie tamtych dni mam łzy w oczach, ale nie dlatego, że uważam się za złą matkę. Wiem, że mogłam stracić swoje dziecko.
Kiedy patrzę na zdjęcia mojej córeczki z tamtego okresu czuję ogromy smutek. Widząc ją dzień w dzień nie zauważałam tego, jednak teraz kiedy porównuję jej zdjęcie z trzeciej doby, kiedy wróciłyśmy do domu i z dziewiątej doby, kiedy był największy kryzys, widzę na tym drugim zdjęciu cień swojego dziecka. Widzę chudziutką, bladą dziewczynkę, która nie ma siły otworzyć oczu. Przeraża mnie to. Warto karmić piersią, nie mam co do tego wątpliwości i nie chcę żeby moje słowa były odebrane jako promowanie karmienia mlekiem modyfikowanym. Nie warto jednak robić tego za wszelką cenę.
Planuję drugie dziecko i wiem, że będę próbować karmić piersią. Wiem też, że mleko początkowe będzie częścią mojej wyprawki i jeśli cokolwiek mnie zaniepokoi, to podam mleko bez wahania. Nauczona doświadczeniem nie dam sobie podciąć skrzydeł przez osoby (zwykle te, na których opinii w ogóle nie powinno mi zależeć), które nie wiedzą nic na temat tego co dzieje się w moim życiu. Nikt mi nie wmówi, że jestem złą matką, bo karmiłam tak krótko. Kocham swoje dziecko nad życie i to jest ważniejsze niż sposób karmienia.

Taki cytat na koniec, znaleziony w internecie „Zanim osądzisz moje życie, włóż moje buty, przejdź ścieżki życia, które ja przeszłam, przeżyj moje smutki i cierpienia. Wytrwaj tyle ile ja wytrwałam, upadnij tam gdzie ja upadałam i podnieś się tak samo jak ja się podniosłam. Kiedy już naprawdę poznasz moją historię, będziesz miał prawo oceniać mnie i moje życie.” Ja szukając wsparcia, nie znalazłam go w internecie. Nie trafiłam na tekst mówiący, że nie ważny jest sposób karmienia, a nasza miłość do dziecka. Każda odwiedzana przeze mnie strona dołowała jeszcze bardziej, każdy komentarz pod artykułami o karmieniu był jak cios w serce. Może chociaż jedna mama czytając moje słowa wyleje trochę mniej łez niż ja.

Droga mamo! Jeśli czytasz moje słowa, bo coś poszło nie po Twojej myśli i nie karmisz, albo dokarmiasz mlekiem modyfikowanym, wiedz, że jesteś wspaniała. Nawet jeśli jesteś świadoma, że popełniłaś jakiś błąd wiedz, że mylić się jest rzeczą ludzką. Jeśli ktoś Cię krytykuje za to, że nie karmisz piersią wiedz, że nikt nie ma prawa zabierać Ci radości macierzyństwa. Nawet jeśli świadomie zrezygnowałaś z karmienia piersią wiedz, że nie czyni Cię to wyrodną matką. Podjęłaś wybór, bo miałaś do tego prawo i nie robisz dziecku krzywdy. I na koniec – mamo karmiąca! To naprawdę super, że karmisz piersią. Czy byłabyś jednak gorszą mamą, gdybyś podawała mleko modyfikowane? Sądzę, że nie.
  • A ja radziłabym nam wszystkim zacząć patrzeć na siebie, a nie nieustannie wtrącać nos w czyjeś sprawy. Ja karmię piersią syna, który ma prawie 1,5 roku i zamierzam to robić jeszcze przynajmniej przez kolejne 6 miesięcy, a wszystkim dookoła oczywiście to też przeszkadza, bo „taki duży i z cyca je?”. A co to – mleko z cyca to wstyd w tym wieku, a z butli to już nie? Jakby nie karmić dziecka, to komuś coś nie pasuje i to najczęściej kobietom. Niestety kobieta kobiecie wilkiem… Nie rozumiem też tego pytania na dzień dobry nawet od nieznanych osób: „jak karmisz?”. Ja nikomu nie zaglądam w cycki, więc chciałabym tego samego. Jeśli jakaś mama karmi butelką, to niech karmi – co mnie to obchodzi? Dlaczego my, kobiety, nie potrafimy uszanować czyichś decyzji i osądzamy, nie znając historii danej osoby?

    • ewa

      Zgadzam się całkowicie. Ja nigdy nie słyszałam ani nagonek na matki karmiące piersią ani na matki karmiące butlą i bardzo dziwią mnie takie wpisy, jak ten. Ale Twój punkt widzenia jest doskonały. My, mamy, powinnyśmy zacząć się wspierać w trudach macierzyństwa a nie pluć na siebie i podstawiać sobie nogi. Są rzeczy, które robimy źle i można na to zwrócić uwagę. Ale z troską a nie z zawiścią.

  • Kinga Kraśnicka

    Czytając ten list poczułam się jakbym to ja go pisała. Mały urodził się z wagą 3250g przez cesarskie cięcie. Po wszystkich kroplowkach i przeciwbólówkach w końcu przynieśli mi go, żebym spróbowała go karmić piersią. Dwa dni walki, no bo jak? Przecież z butelki tak fajnie szło, a teraz trzeba się napracować. Załapał. Karmienie na żądanie. Mama wniebowzięta, bo się udało. W domu złote dziecko. Je i śpi. Wizyta patronarzowa położnej wykazała 3400g. Książkowe dziecko. Problem zaczął się po miesiącu. Mały przysysal się do piersi i po 5 minutach z płaczem odrywal się od niej. Zjadłam coś co mu szkodzi? Dieta właściwie ograniczyła się do kaszy i gotowango kurczaka. Zygac mi się już tym chciało. Ale jadłam to i usilnie karmilam małego, który był coraz bardziej nerwowy. Biorąc pod uwagę rady mojej mamy, która twierdziła, że mam mało pokarmu piłam mleko (na śniadanie płatki, bawarka itp) i nic nie pomagało. Było coraz gorzej. Więc wybrałam się do lekarza. W siódmym tygodniu waga 3700g (200 za mało). Rada lekarza- częściej przystawiac. Plamki na buzi?- to potowki. Nie przegrzewac dziecka. A pani jest młodą mamą i panikuje. W ciągu tygodnia mały był coraz bardziej nieznośny więc sięgnęłam po butelkę. I dopiero rozpetalo się piekło. Mały wymiotowal na odległość i prawie cały czas spał. Po tygodniu znów odwiedziłam lekarza. Waga 3750g to już pół kilo za mało. Skierowanie do szpitala. Piątek po południu. Żadnych specjalistów na oddziale. Usg brzuszka- odźwiernik żołądka ok. Uff… Wenflony, pobieranie krwi… Mały płacze, a ja z nim. Wyniki mimo wszystko w porządku. Brak infekcji, parametry ok. Przez stres mleko w piersiach w dwa dni znikło całkowicie. Karmienie butelka i ciągle wymioty nawet po 30ml. Poniedziałek rano. Wizyta alergologa. Przecież z kilometra widać, że to alergik. „kasza” na buzi, wzdety brzuch, wymioty, brak przyrostu masy. Pediatra tego pani nie powiedział? Je pani mleko? Tak jem, bo mama tak mówiła. Bzdura! POKARM BIERZE SIĘ Z WODY. DUŻO PIĆ! Ale w moim przypadku już było po pokarmie… Od miesiąca mały jest na mleku modyfikowanym dla alergikow. Waży 4700g i pomału nadrabia straty spowodowane parciem na karmienie piersią. Drażnią mnie komentarze ludzi „oj jaki on malutki. Ile ma tydzień?” bo za każdym razem mam pretensje do siebie, że mój syn przez to, że słuchałam zabobonow nie rozwija się tak jak powinien. Pointą całej tej sytuacji jest fakt, że nic na siłę. Czasem się nie da i słuchajcie siebie i nie ulegajcie presji. Mama sama powinna czuć, co dla dziecka najlepsze.