Niepłodność, czyli chcieć, a nie móc

Baby9 by .
designed by Freepik

Niepłodność dotyka coraz więcej młodych ludzi. To dla nich trudny temat. Wielu z nich nie chce o tym rozmawiać, zwleka z udaniem się do lekarza, wierzy, że może jednak uda się naturalnie. Dziś mam dla Was krótki wywiad z bliską mi osobą, która o swoje szczęście walczyła pięć lat. Mam nadzieję, że jej doświadczenia pomogą chociaż jednej osobie podjąć decyzję o leczeniu. Chciałam, aby pozostała anonimowa, a podpisywanie jej fikcyjnym imieniem wydawało mi się dziwne. Myślę, że całość wygląda jednak przejrzyście i się nie pogubicie.

Chciałabym porozmawiać dziś z Tobą na temat niepłodności. Wiem, że to bardzo delikatna sprawa, więc mam nadzieję, że żadne z pytań Cię nie urazi. Myślę, że Twoje odpowiedzi mogą pomóc wielu osobom będącym na początku drogi starania się o upragnione dziecko.

 

Kiedy zaczęliście myśleć o dziecku?

Zawsze marzyłam, żeby mieć dużo dzieci. W myślach wyobrażałam sobie trójkę dzieci biegających i bawiących się w domu. Miało być gwarno i wesoło. Już na studiach czułam, że mogła bym już zostać mamą. Na poważnie zaczęliśmy oboje myśleć o dziecku zaraz po ślubie.

Po jakim czasie zauważyliście, że coś jest chyba nie tak?

Pobraliśmy się w 2010r. Mieliśmy duży dom, obydwoje pracowaliśmy. Do szczęścia brakowało nam tylko potomstwa. Odstawiłam tabletki antykoncepcyjne i uznaliśmy, że po prostu się nie zabezpieczamy, a ciąża „przyjdzie sama”. Minęło parę miesięcy. Poszłam do ginekologa, lecz ten odesłał mnie mówiąc, że parę miesięcy starań to za mało. Wróciłam do tego samego lekarza po kilku następnych miesiącach a on uznał, że jeszcze za krótko. Przecież nie minął rok i wszystko jest w porządku regularne cykle, owulacja – kazał przyjść po wakacjach,  mając na myśli że w wakacje na pewno się uda. Nie udało.

Od razu udaliście się z tym do lekarza specjalisty?

Zaczęłam dużo czytać na temat niepłodności, ale nie dopuszczałam wtedy myśli że mogę, możemy być bezpłodni. Znalazłam lekarza ze specjalizacją leczenia niepłodności. Na pierwszej wizycie zlecił podstawowe badania, po których wynikach oznajmił, że kolejnym krokiem powinna być  inseminacja domaciczna. Wyszłam z gabinetu ze łzami w oczach. Spędziłam całą noc na poszukiwaniu informacji na ten temat. Byłam załamana. Podawano skuteczność tej metody na poziomie 8-10%.  Razem z mężem uznaliśmy, że skoro nasze wyniki nie są ani dobre ani złe to znajdziemy innego lekarza, być może ten się pomylił. Niestety kolejny specjalista potwierdził diagnozę pierwszego. I tak zaczęła się nasza długa i wyboista droga do upragnionego szczęścia.

Trafiliście do kliniki leczenia niepłodności. Jak wyglądało leczenie w takiej klinice?

Zanim trafiliśmy do InviMedu w Warszawie (kliniki leczenia niepłodności), poddaliśmy się w prywatnym gabinecie jednej stymulacji owulacji oraz czterem inseminacjom.  W tym czasie wiedziałam już chyba wszystko o niepłodności, badaniach, lekach, diecie, suplementach i psychologii, ale w dalszym ciągu  nie byłam w ciąży.  Zaczęliśmy dużo rozmawiać o in vitro, zastanawiając się czy jesteśmy w stanie się temu poddać, co będzie z naszymi potencjalnymi zarodkami w przyszłości. Przecież tyle wokół kontrowersji na ten temat.  Co na to nasza rodzina, znajomi? Czy powinni wiedzieć? Zgłębialiśmy wiedzę na temat in vitro, znaliśmy rankingi klinik pod względem skuteczności wykonywania tej metody. Wybraliśmy w końcu klinikę najbliżej nas. Od tego czasu miesiąc w miesiąc pokonywaliśmy 70 km w jedną stronę, jeżdżąc na wizyty lekarskie. W klinice poddaliśmy się jeszcze jednemu, nieudanemu, zabiegowi inseminacji. Otrzymaliśmy diagnozę: niepłodność idiopatyczna – czyli niewyjaśnionego pochodzenia. Rozpoczęliśmy wtedy kompletowanie dotychczasowej dokumentacji medycznej i zgłosiliśmy się na weryfikację do ministerialnego projektu dofinansowania programu in vitro. Jaka była nasza ulga po informacji, że się udało. Płakaliśmy ze szczęścia. Czekało nas jeszcze „tylko” mnóstwo leków, zastrzyków, pobranie komórek, oddanie nasienia i zapłodnienie in vitro… Odbyły się dwie próby podania zarodka, z czego druga zakończyła się sukcesem. Po pięciu latach walki byłam w upragnionej ciąży.

Jakie towarzyszyły Wam emocje podczas całego procesu starania się o dziecko?

Przygotowując się do tego wywiadu wyciągnęłam grubaśny segregator z naszą historią medyczną. Leżał przede mną i nie byłam w stanie go otworzyć bo łzy płynęły mi ciurkiem. Przed oczami miałam te wszystkie lata starań, wizyt lekarskich, siniaków i zrostów po kolejnych badaniach w laboratorium, ale przede wszystkim płacz, złość i zrezygnowanie. Te same twarze par starających się o dziecko, spotykane wciąż na korytarzach  i poczekalniach w klinice. Ciągłe zwalnianie się z pracy, żeby zdążyć na popołudniową wizytę lub branie wolnego. Pamiętam testy ciążowe kupowane hurtowo i ten strach przed zobaczeniem znowu tylko jednej kreski.  Hektolitry wylanych łez i depresja. Wszystko podporządkowane staraniom. Nawet seks był na zawołanie, bo owulacja, bo szkoda stracić szansę.

 

Odpowiadanie na pytania bliskich o Wasze starania czy też dowiadywanie się o kolejnych ciążach wśród Waszych znajomych to na pewno były dla Was trudne momenty. Co było najtrudniejsze?

Gdy już wiesz, że masz problem z zajściem w ciążę najgorsze są pytania osób, które mają już dzieci w stylu: „a kiedy wy?”, „na co czekacie?”. Łzy same cisną się do oka i ma się ochotę wykrzyczeć, że to nie ich sprawa. Nie ma się ochoty opowiadać innym, że ma się problem. Kto chciałby obnażać się przed znajomymi z tak intymnych szczegółów, mówiąc że ma mało plemników, albo nie ma ich wcale lub że ma niedrożne jajowody czy inną przypadłość? Niepłodność w naszym kraju to wciąż temat tabu.

Równie trudne było powiedzenie najbliższym – rodzicom, rodzeństwu. Strach przed tym jak oni to przyjmą, czy będą nas wspierać? Na szczęście mamy kochanych rodziców, którzy cały czas trzymali za nas kciuki i wspierali jak tylko mogli, bo dla nich najważniejsze było nasze szczęście.

 

Potrzebowałaś wsparcia swoich bliskich czy wolałaś, żeby nikt nie interesował się Waszymi staraniami?

Tak jak wspomniałam rodzice byli dla nas ogromnym wsparciem. Ale najważniejsze, że my wspieraliśmy siebie nawzajem. Kiedy jedno z nas było w dole drugie ciągnęło w górę. To był nasz wspólny cel i dlatego razem daliśmy radę.

Ogromnie pomocne okazało się dla mnie forum internetowe ”Nasz Bocian” Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji. Na początku szukałam na nim informacji o metodzie przeprowadzania inseminacji. Z czasem poznałam, a nawet zaprzyjaźniłam się z innymi kobietami, które jak ja potrzebowały wsparcia i chciały porozmawiać z kimś kto czuje podobnie. Pomimo, że jestem już mamą dwumiesięcznej córeczki, to nadal korzystam z forum i wspieram koleżanki słowem i dobrą radą.

Na pewno kojarzysz kontrowersyjną kampanię „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”. Jaki był Twój stosunek do niej?

Założenie tej kampanii było dobre, tylko nie sposób pokazania. Kontrowersyjne dla większości było to, że pokazana na filmie kobieta jest bardzo bogata, podróżuje, jest wykształcona ma piękny dom. Nijak się ma to do większości społeczeństwa, które żyje na nieco innym poziomie. Ta kobieta nie trafiła do nich. Będąc w klinice widziałam, że kobiety starające się tam o dziecko, są w wieku 30-40 lat. Czy kobieta z filmu jest aż tak dojrzała, że nie może jeszcze mieć dziecka? Coś jest nie tak z tym nagraniem. Zaszłam w ciążę w wieku 30 lat. Trochę jak w tej kampanii odkładałam macierzyństwo bo ważniejsze były studia a potem znalezienie stałej pracy. W życiu nie pomyślałam, że będę musiała tyle walczyć i czekać na upragnione maleństwo. Może więc nie ma co odkładać macierzyństwa na potem.

A widzisz, ja miałam zupełnie inne odczucia wobec tej kampanii. Nawet nie pomyślałam o tym, że ta kobieta może mieć jeszcze dzieci. Bardziej zdenerwowało mnie wmawianie kobietom, aby porzuciły swoje marzenia, podróże na rzecz macierzyństwa. Przecież nie każda kobieta musi być matką.

Już będziemy kończyć. Czy chciałabyś dodać coś do siebie?

Tak. Należy walczyć o swoje szczęście, nie poddawać się i pomimo licznych porażek podnosić i iść dalej. Ważne również, żeby nie myśleć tylko o sobie, ale również o partnerze. My kobiety jesteśmy bardziej wrażliwe i płaczliwe, ale nie zapominajmy o naszych partnerach, którzy tak samo jak my przeżywają porażki, nawet jak tego nie okazują. Bezpłodność to jedyna choroba, która dotyczy jednocześnie dwojga ludzi.

14 komentarzy

  • kurcze, najgorzej trafić najpeirw do konowała i tracić czas… ja może przeginam w drugą stronę, ale biegnę od razu do specjalisty i potem jeszcze do drugiego, dla pewności 😀 po paru miesiącach pewnie siedziałabym już w jakiejś klinice niepłodności, słyszałam dobre opinie o invimedzie 🙂

  • kurcze, najgorzej trafić najpeirw do konowała i tracić czas… ja może przeginam w drugą stronę, ale biegnę od razu do specjalisty i potem jeszcze do drugiego, dla pewności 😀 po paru miesiącach pewnie siedziałabym już w jakiejś klinice niepłodności, słyszałam dobre opinie o invimedzie 🙂

  • dokładnie, panowie cierpią razem z nami – to ważne, żeby nas wspierali ale lepiej pójść do partnerem do specjality czy kliniki, która przebada od razu nas oboje

  • dokładnie, panowie cierpią razem z nami – to ważne, żeby nas wspierali ale lepiej pójść do partnerem do specjality czy kliniki, która przebada od razu nas oboje

  • Bezpłodność to choroba i nie ma co jej zaklinać – trzeba się leczyć. A jak leczyć, to tylko w dobrych klinikach, szkoda czasu!

  • My też swoje przeszliśmy, prawie 3 lata starań, dwa poronienia… na szczęście udało nam się uniknąć dylematu in vitro i sztucznej inseminacji, a i tak bywało granicznie. Nam pomogła naprotechnologia i szybka interwencja sterydowa w kolejnej ciąży. Gratuluje, że udało się Twojej rozmówczyni to przetrzymać jakoś razem z mężem, to strasznie trudne, gdy cała nasza intymność jest wywlekana i przerabiana jako problem medyczny. Ja wolałabym chyba nie mieć dzieci, niż przechodzić przez coś takiego. Nawet teraz, kiedy wiem już jaką radością jest macierzyństwo. Ale to chyba kwestia bardzo indywidualna…

  • My też swoje przeszliśmy, prawie 3 lata starań, dwa poronienia… na szczęście udało nam się uniknąć dylematu in vitro i sztucznej inseminacji, a i tak bywało granicznie. Nam pomogła naprotechnologia i szybka interwencja sterydowa w kolejnej ciąży. Gratuluje, że udało się Twojej rozmówczyni to przetrzymać jakoś razem z mężem, to strasznie trudne, gdy cała nasza intymność jest wywlekana i przerabiana jako problem medyczny. Ja wolałabym chyba nie mieć dzieci, niż przechodzić przez coś takiego. Nawet teraz, kiedy wiem już jaką radością jest macierzyństwo. Ale to chyba kwestia bardzo indywidualna…

  • My też swoje przeszliśmy, prawie 3 lata starań, dwa poronienia… na szczęście udało nam się uniknąć dylematu in vitro i sztucznej inseminacji, a i tak bywało granicznie. Nam pomogła naprotechnologia i szybka interwencja sterydowa w kolejnej ciąży. Gratuluje, że udało się Twojej rozmówczyni to przetrzymać jakoś razem z mężem, to strasznie trudne, gdy cała nasza intymność jest wywlekana i przerabiana jako problem medyczny. Ja wolałabym chyba nie mieć dzieci, niż przechodzić przez coś takiego. Nawet teraz, kiedy wiem już jaką radością jest macierzyństwo. Ale to chyba kwestia bardzo indywidualna…

  • My też swoje przeszliśmy, prawie 3 lata starań, dwa poronienia… na szczęście udało nam się uniknąć dylematu in vitro i sztucznej inseminacji, a i tak bywało granicznie. Nam pomogła naprotechnologia i szybka interwencja sterydowa w kolejnej ciąży. Gratuluje, że udało się Twojej rozmówczyni to przetrzymać jakoś razem z mężem, to strasznie trudne, gdy cała nasza intymność jest wywlekana i przerabiana jako problem medyczny. Ja wolałabym chyba nie mieć dzieci, niż przechodzić przez coś takiego. Nawet teraz, kiedy wiem już jaką radością jest macierzyństwo. Ale to chyba kwestia bardzo indywidualna…

  • My też swoje przeszliśmy, prawie 3 lata starań, dwa poronienia… na szczęście udało nam się uniknąć dylematu in vitro i sztucznej inseminacji, a i tak bywało granicznie. Nam pomogła naprotechnologia i szybka interwencja sterydowa w kolejnej ciąży. Gratuluje, że udało się Twojej rozmówczyni to przetrzymać jakoś razem z mężem, to strasznie trudne, gdy cała nasza intymność jest wywlekana i przerabiana jako problem medyczny. Ja wolałabym chyba nie mieć dzieci, niż przechodzić przez coś takiego. Nawet teraz, kiedy wiem już jaką radością jest macierzyństwo. Ale to chyba kwestia bardzo indywidualna…

  • Znam to wszystko z własnego doświadczenia. I masz rację, nie wolno się poddawać. Nie warto czekać tylko na cud – trzeba mu jeszcze pomóc. Gdybym nie drążyła tematu, nie szukała przyczyny mojej niepłodności, nigdy nie zaszłabym w ciążę, bo jak się okazało, nawet in vitro by mi nie pomogło. Na szczęście, dzięki naszej determinacji znaleźliśmy przyczynę i mamy dwóch wspaniałych synów! Wszystkiego dobrego życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *